fot. Pixabay
Miały być symbolem nowoczesnej, bezemisyjnej komunikacji. Dziś wodorowe autobusy w Chełmie coraz częściej pojawiają się również w rozmowach o awariach i kosztach. Kontrola Chełmskich Linii Autobusowych wykazała około 450 niewykonanych kursów.
O sprawie pisze „Dziennik Wschodni”. Przypomina, że wodór miał otworzyć nowy rozdział w historii chełmskiej komunikacji miejskiej. Do floty Chełmskich Linii Autobusowych trafiło 26 autobusów wykorzystujących ten napęd, a tyle samo wyeksploatowanych mercedesów zostało wycofanych z użytkowania. Pod względem skali była to jedna z największych zmian taborowych w historii miejskiego przewoźnika.
Po kilkunastu miesiącach funkcjonowania nowego systemu radni przyjrzeli się jednak temu, jak ekologiczna rewolucja wygląda w codziennej eksploatacji.
Wnioski z kontroli przeprowadzonej przez komisję rewizyjną nie podważają sensu samej modernizacji. Pokazują jednak, że za nowoczesnym napędem idą również problemy, które bezpośrednio odczuli pasażerowie.
450 kursów, które nie wyjechały
Kontrola działalności CLA obejmowała okres od stycznia 2025 roku do kwietnia 2026 roku, przy czym komisja analizowała również część danych dostępnych na koniec maja.
Jak poinformował przewodniczący komisji rewizyjnej Piotr Krawczuk vel Walczuk, awarie autobusów wodorowych spowodowały około 450 niewykonanych kursów.
– Awaryjność autobusów wodorowych miała realny wpływ na realizację rozkładów jazdy – wynikało z przedstawionych podczas sesji wniosków, o których pisze „Dziennik Wschodni”.
Komisja stwierdziła przy tym wprost, że ciągłość świadczenia usług nie została zachowana w pełnym zakresie.
Najtrudniejsza sytuacja miała wystąpić zimą, szczególnie w styczniu 2026 roku. Co prawda CLA dysponowały taborem rezerwowym, jednak przy większej liczbie jednoczesnych awarii zapas pojazdów nie wystarczał do zastąpienia wszystkich autobusów, które wypadły z ruchu.
Do tego właśnie okresu odniósł się podczas sesji radny Marcin Lipczuk.
– CLA nie poradziło sobie z tym problemem zimowym i patrząc w przyszłość można mieć obawy, czy ten temat nie powróci znowu do dyskusji, gdy w styczniu przyjdzie minus 30 stopni – mówił cytowany przez „Dziennik Wschodni”.




























